W
przedwojennym Samsonowie.
18 kwietnia 1934 roku
Dziadek Marian zameldował się w hotelu „Versal” w Kielcach. Nie
wiem, czy przybył tu sam, w celu załatwienia formalności
związanych z pracą, czy też zjechał już z Wołynia z całą
rodziną. W każdym razie w tymże roku, Zdziś Janiszewski do
drugiej klasy szkoły powszechnej, uczęszczał już w Samsonowie.
Dziadek pracował w
Urzędzie Gminy, Tato chodził do szkoły, a Babcia w domu opiekowała
się małym Bogusiem.
Dom istnieje do dziś.
Przejeżdżając przez Samsonów zawsze zwalniam i patrzę na niego.
Podwórze nie zmieniło się prawie wcale, a dom o tyle, że zyskał
nową, sidingową elewację. Ładniejsze były stare , sczerniałe
deski. Nie wiem jak jest teraz wewnątrz, ale chyba wolę nie
wiedzieć, choć pewnie mógłbym sprawdzić. Wolę pamiętać jak
było w środku wtedy, gdy ja tam przyjeżdżałem.
Po otwarciu drzwi szło
się prosto przez ciemną, wąską sień. Potem albo w lewo, do
wielkiej kuchni (a może tylko mnie zdawała się wielka...), albo w
prawo do pokoju. Prawie zawsze szło się w lewo, bo w kuchni było
całe życie. Jedzenie, spanie, mycie, czytanie książek pożyczanych
w malutkiej bibliotece, słuchanie audycji nadawanych przez głośnik.
To co pamiętam, to już był czas po śmierci Dziadka, gdy w
Samsonowie została tylko Babcia.
Z podwórza można było
zejść nad staw. Teraz jest tylko zarośnięte miejsce po stawie,
ale wtedy było dużo wody – dla mnie jak wielkie jezioro. Wątłe
pomosty, trzciny, gęsi pasące się nad stawem, fruwające ważki –
tak to pamiętam. No i ten zapach – wody, sitowia, wsi –
wszystkiego.
Z wodą zapoznałem się
zresztą całkiem blisko. Lubiłem łazić po wąskim pomoście, na
jego koniec, skąd najlepiej było widać małe rybki pływające w
stawie. Któregoś razu, niedopilnowany przez starszych (miałem
pewnie kilka lat), znowu tam wszedłem i – być może - wystraszony
przez gęsi, które mnie zaatakowały – wpadłem do tej wody. Ja za
bardzo tego zdarzenia nie pamiętam, ale potem było tak: Stanąłem
w drzwiach, ociekający wodą i zameldowałem: – wpadłem do wody,
wpadłem, ale się nie utopiłem...
Samsonów to wieś, ale
trochę nietypowa, bo kiedyś była wsią przemysłową. W XIX wieku
znana była z produkcji żelaza wytapianego w hucie „Józef”. Do
dziś ruiny zabudowań huty z wysoką wieżą gichtociągową są
charakterystycznym elementem krajobrazu.
Tak wyglądał przed wojną
Samsonów – zdjęcie zrobione spod wieży hutniczej. Po prawej
stronie, za drzewami nieistniejący już dziś tartak.
Na zdjęciu chyba Tata (z prawej) z kolegą - zdaje się, że to Józek Kwaśniewski.
Tu z kolei widok od strony
tartaku. Widać ruiny huty, a parterowy budynek przed nimi to chyba
siedziba Urzędu Gminy, gdzie pracował Dziadek. Kto na zdjęciu? - nie wiem.
Na innej fotografii Tata (
z lewej ), w mundurku szkolnym, także z kolegami. Ale zajęcie mają
zupełnie nieszkolne. Zamiłowanie do kart zostało zresztą Tacie na
dłużej – głównie był to brydż, ale nie gardził także i
pokerkiem.
A tu moi Dziadkowie ( pierwsi z prawej ) na zabawie w Zagnańsku, w roku 1937.
Na tej fotografii Dziadek
nad stawem, z kim?
.
Przed wybuchem wojny,
Dziadek został zmobilizowany. Tu zdjęcie jeszcze przedwojenne,
Dziadek w mundurze starszego wachmistrza.
Ale o czasach wojennych
następnym razem.
moja babcia mieszkała w Samsonowie koło stawu i kapliczki więc pewnie po sąsiedzku
OdpowiedzUsuń