piątek, 27 lipca 2012


W przedwojennym Samsonowie.

18 kwietnia 1934 roku Dziadek Marian zameldował się w hotelu „Versal” w Kielcach. Nie wiem, czy przybył tu sam, w celu załatwienia formalności związanych z pracą, czy też zjechał już z Wołynia z całą rodziną. W każdym razie w tymże roku, Zdziś Janiszewski do drugiej klasy szkoły powszechnej, uczęszczał już w Samsonowie.
Dziadek pracował w Urzędzie Gminy, Tato chodził do szkoły, a Babcia w domu opiekowała się małym Bogusiem.
Dom istnieje do dziś. Przejeżdżając przez Samsonów zawsze zwalniam i patrzę na niego. Podwórze nie zmieniło się prawie wcale, a dom o tyle, że zyskał nową, sidingową elewację. Ładniejsze były stare , sczerniałe deski. Nie wiem jak jest teraz wewnątrz, ale chyba wolę nie wiedzieć, choć pewnie mógłbym sprawdzić. Wolę pamiętać jak było w środku wtedy, gdy ja tam przyjeżdżałem.
Po otwarciu drzwi szło się prosto przez ciemną, wąską sień. Potem albo w lewo, do wielkiej kuchni (a może tylko mnie zdawała się wielka...), albo w prawo do pokoju. Prawie zawsze szło się w lewo, bo w kuchni było całe życie. Jedzenie, spanie, mycie, czytanie książek pożyczanych w malutkiej bibliotece, słuchanie audycji nadawanych przez głośnik. To co pamiętam, to już był czas po śmierci Dziadka, gdy w Samsonowie została tylko Babcia.
Z podwórza można było zejść nad staw. Teraz jest tylko zarośnięte miejsce po stawie, ale wtedy było dużo wody – dla mnie jak wielkie jezioro. Wątłe pomosty, trzciny, gęsi pasące się nad stawem, fruwające ważki – tak to pamiętam. No i ten zapach – wody, sitowia, wsi – wszystkiego.
Z wodą zapoznałem się zresztą całkiem blisko. Lubiłem łazić po wąskim pomoście, na jego koniec, skąd najlepiej było widać małe rybki pływające w stawie. Któregoś razu, niedopilnowany przez starszych (miałem pewnie kilka lat), znowu tam wszedłem i – być może - wystraszony przez gęsi, które mnie zaatakowały – wpadłem do tej wody. Ja za bardzo tego zdarzenia nie pamiętam, ale potem było tak: Stanąłem w drzwiach, ociekający wodą i zameldowałem: – wpadłem do wody, wpadłem, ale się nie utopiłem...

Samsonów to wieś, ale trochę nietypowa, bo kiedyś była wsią przemysłową. W XIX wieku znana była z produkcji żelaza wytapianego w hucie „Józef”. Do dziś ruiny zabudowań huty z wysoką wieżą gichtociągową są charakterystycznym elementem krajobrazu.
Tak wyglądał przed wojną Samsonów – zdjęcie zrobione spod wieży hutniczej. Po prawej stronie, za drzewami nieistniejący już dziś tartak.


Na zdjęciu chyba Tata (z prawej) z kolegą - zdaje się, że to Józek Kwaśniewski.

Tu z kolei widok od strony tartaku. Widać ruiny huty, a parterowy budynek przed nimi to chyba siedziba Urzędu Gminy, gdzie pracował Dziadek. Kto na zdjęciu? - nie wiem.


Na innej fotografii Tata ( z lewej ), w mundurku szkolnym, także z kolegami. Ale zajęcie mają zupełnie nieszkolne. Zamiłowanie do kart zostało zresztą Tacie na dłużej – głównie był to brydż, ale nie gardził także i pokerkiem.


A tu moi Dziadkowie ( pierwsi z prawej ) na zabawie w Zagnańsku, w roku 1937.


Na tej fotografii Dziadek nad stawem, z kim?

.

Przed wybuchem wojny, Dziadek został zmobilizowany. Tu zdjęcie jeszcze przedwojenne, Dziadek w mundurze starszego wachmistrza.


Ale o czasach wojennych następnym razem.

1 komentarz:

  1. moja babcia mieszkała w Samsonowie koło stawu i kapliczki więc pewnie po sąsiedzku

    OdpowiedzUsuń