poniedziałek, 9 lipca 2012


Ciocia Zosia Osiadaczowa

Starsza siostra Dziadka Mariana Janiszewskiego. Lwowianka, kobieta z zasadami. Sama zasad przestrzegała i wymagała tego od innych. Wysoka, postawna z długimi włosami splecionymi w warkocz . Tak ją zapamiętałem. Chodziła z laską ze względu na nogę, która po złamaniu nie była w pełni sprawna. Będąc w Krakowie, jeździłem czasem do niej do Zabrza. Zajmowała jeden pokój w mieszkaniu, które dzieliła z zupełnie obcymi ludźmi. Pokój wypełniony był stylowymi, starymi meblami, na ścianach wisiały obrazy. Przedmioty, które udało się jej wywieźć ze Lwowa w czasie wojny.
Powinienem był ją wtedy wypytać – o wszystko. O jej rodzeństwo, rodziców, dziadków, o to gdzie mieszkali, czym się zajmowali, jak żyli – o co się tylko dało. Niestety wcale mnie to wtedy nie interesowało, a i Ciocia Zosia sama z siebie nie mówiła wiele.
Pozostało po niej kilka fotografii, kilka obrazów, pierścionek, który dostała moja siostra – i to wszystko. Z rzeczy materialnych, bo poza nimi jest jeszcze pamięć...

Ciocia urodziła się 31 marca 1893 roku. Gdzie? Może w Kozowej, koło Brzeżan, tam gdzie dwa lata później urodził się dziadek Marian. Później pewnie był Sanok. Z Sanoka pochodzi ta fotografia – tu Ciocia pierwsza z lewej, obok niej siostra Jadwiga i brat Marian.


Kolejne zdjęcia pochodzą również z Sanoka. Chronologicznie, chyba to jest najwcześniejsze.


A to zapewne późniejsze.



I kolejne.


Co było później? Ciocia wyszła za mąż za Wiktora Osiadacza. W domu mówiło się, że jej mąż był dyrektorem banku we Lwowie. Tak mówili rodzice, Babcia Roma. Poszukałem w internecie i w Podkarpackiej Bibliotece Cyfrowej znalazłem dokument następujący:
Zamknięcie rachunków Galicyjskiej Kasy Oszczędności we Lwowie za rok 1910” i w nim, na stronie 14 widnieje, prócz innych osób nazwisko „Kasyera Wiktora Osiadacza”. Czyli w 1910 roku, jako młody pracownik Wiktor Osiadacz pełnił funkcję „kasyera”, ale zapewne mógł awansować, może rzeczywiście nawet na stanowisko dyrektorskie.
Budynek Galicyjskiej Kasy Oszczędności znajdował się u zbiegu ulic Karola Ludwika i Jagiellońskiej, tak wyglądał na przedwojennej pocztówce.


Państwo Osiadaczowie mieszkali we Lwowie na ulicy Teatyńskiej, prowadzącej do Wysokiego Zamku. Dziś już nie kursują po niej tramwaje, a i nazywa się mniej ciekawie - to ul.Krzywonosa. Ale domy te same, co przed wojną.


Może właśnie w ich mieszkaniu, na Teatyńskiej została wykonana ta fotografia


Po lewej siedzi Franciszka Janiszewska, moja prababka, obok niej córka, Zofia Osiadaczowa. Nad nimi Wiktor Osiadacz. Para po prawej – nieznana.
Przy skanowaniu wyszło szydło z worka. Prababcia lubiła sobie zakurzyć – trzyma papierosa w lewej ręce.
Panowie mają jednakowe znaczki w klapach. Wygląda to jak krzyż harcerski?

Na kolejnym zdjęciu małżeństwo Osiadaczów w Krynicy.


Ciocia Zosia nie miała dzieci. Gdy mój Tato (jej bratanek) skończył szkołę powszechną, zaproponowała, żeby przeniósł się do nich, do Lwowa na okres nauki w gimnazjum. Miało to sens, bo dziadkowie mieszkali w tym czasie w Samsonowie i Zdziś musiałby dojeżdżać do gimnazjum do Kielc, lub w Kielcach mieszkać. Poza tym byłaby to finansowa ulga dla dziadków.
Przygotowany został dla gimnazjalisty pokój, zaangażowana osoba do opieki, ale pierwszego września 1939 roku Tata nauki w gimnazjum we Lwowie nie rozpoczął – Hitler i Stalin mieli inne plany.
Życie milionów ludzi przewróciło się do góry nogami. Gdyby nie to, mój ojciec pewnie zdobyłby przyzwoite wykształcenie, Wiktor Osiadacz nie zaginąłby na wojnie ( gdzie? kiedy? nie wiadomo...), Ciocia Zosia nie musiałaby uciekać ze Lwowa.

Ale... Gdyby nie to, mój Tata pewnie nie poznałby mojej Mamy i pewnie nie istniałbym ja, moja siostra Ola i nasze dzieci.

I kto by to wszystko dzisiaj pisał?

Ciocia Zosia wyjechała ze Lwowa koleją. Dzięki zasobom finansowym załatwiła wagon, który wiózł jej dobytek – meble, obrazy, wyposażenie. Nie wiem, czy wyjechała przed, czy po wkroczeniu wojsk sowieckich – raczej przed. Jechały we trzy – ona, jej matka Franciszka i siostra Jadwiga. Jadwiga również straciła męża. Chyba był Żydem. Tak mówił Tata i na to by wskazywało nazwisko – Eichel. I też nie wiadomo gdzie i jak zaginął.
Wszystkie trzy znalazły się w domu moich dziadków w Samsonowie. Franciszka zmarła czternastego lutego 1945 roku. Jest pochowana na cmentarzu w Tumlinie.
Ciocia Zosia przeniosła się do Zabrza. Do emerytury pracowała na poczcie. Zmarła osiemnastego października 1977 roku i również pochowana jest w Tumlinie – w jednym grobie z matką i bratem.



2 komentarze:

  1. Witam serdecznie Panie Andrzeju. Nie wiedziałam że powstał tak ciekawy materiał na temat naszej rodziny. Gratuluję dociekliwości i podziwiam. Ludwik to mój dziadek a ja jestem córką Bartka. Pozdrawiam i zapraszam na rodzinne spotkanie.
    Patrycja Aleksandra Fabiańska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa i zaproszenie - gdybym te słowa przeczytał wcześniej, może byłaby okazja do spotkania, bo właśnie wczoraj byłem w Waszych stronach - w Bolesławcu u Cioci Krysi i u Ewy, a w Mirsku u Cioci Aliny. Wracając spotkałem się także z Piotrkiem we Wrocławiu.
      Mój adres mailowy: andrzej.janiszewski@wp.pl

      Usuń