Ciocia
Zosia Osiadaczowa
Starsza siostra Dziadka
Mariana Janiszewskiego. Lwowianka, kobieta z zasadami. Sama zasad
przestrzegała i wymagała tego od innych. Wysoka, postawna z długimi
włosami splecionymi w warkocz . Tak ją zapamiętałem. Chodziła z
laską ze względu na nogę, która po złamaniu nie była w pełni
sprawna. Będąc w Krakowie, jeździłem czasem do niej do Zabrza.
Zajmowała jeden pokój w mieszkaniu, które dzieliła z zupełnie
obcymi ludźmi. Pokój wypełniony był stylowymi, starymi meblami,
na ścianach wisiały obrazy. Przedmioty, które udało się jej
wywieźć ze Lwowa w czasie wojny.
Powinienem był ją wtedy
wypytać – o wszystko. O jej rodzeństwo, rodziców, dziadków, o
to gdzie mieszkali, czym się zajmowali, jak żyli – o co się
tylko dało. Niestety wcale mnie to wtedy nie interesowało, a i
Ciocia Zosia sama z siebie nie mówiła wiele.
Pozostało po niej kilka
fotografii, kilka obrazów, pierścionek, który dostała moja
siostra – i to wszystko. Z rzeczy materialnych, bo poza nimi jest
jeszcze pamięć...
Ciocia urodziła się 31
marca 1893 roku. Gdzie? Może w Kozowej, koło Brzeżan, tam gdzie
dwa lata później urodził się dziadek Marian. Później pewnie był
Sanok. Z Sanoka pochodzi ta fotografia – tu Ciocia pierwsza z
lewej, obok niej siostra Jadwiga i brat Marian.
Kolejne zdjęcia pochodzą
również z Sanoka. Chronologicznie, chyba to jest najwcześniejsze.
A to zapewne późniejsze.
I kolejne.
Co było później? Ciocia
wyszła za mąż za Wiktora Osiadacza. W domu mówiło się, że jej
mąż był dyrektorem banku we Lwowie. Tak mówili rodzice, Babcia
Roma. Poszukałem w internecie i w Podkarpackiej Bibliotece Cyfrowej
znalazłem dokument następujący:
„Zamknięcie rachunków
Galicyjskiej Kasy Oszczędności we Lwowie za rok 1910” i w nim, na
stronie 14 widnieje, prócz innych osób nazwisko „Kasyera Wiktora
Osiadacza”. Czyli w 1910 roku, jako młody pracownik Wiktor
Osiadacz pełnił funkcję „kasyera”, ale zapewne mógł
awansować, może rzeczywiście nawet na stanowisko dyrektorskie.
Budynek Galicyjskiej Kasy
Oszczędności znajdował się u zbiegu ulic Karola Ludwika i
Jagiellońskiej, tak wyglądał na przedwojennej pocztówce.
Państwo Osiadaczowie
mieszkali we Lwowie na ulicy Teatyńskiej, prowadzącej do Wysokiego
Zamku. Dziś już nie kursują po niej tramwaje, a i nazywa się
mniej ciekawie - to ul.Krzywonosa. Ale domy te same, co przed wojną.
Może właśnie w ich
mieszkaniu, na Teatyńskiej została wykonana ta fotografia
Po lewej siedzi Franciszka
Janiszewska, moja prababka, obok niej córka, Zofia Osiadaczowa. Nad
nimi Wiktor Osiadacz. Para po prawej – nieznana.
Przy skanowaniu wyszło
szydło z worka. Prababcia lubiła sobie zakurzyć – trzyma
papierosa w lewej ręce.
Panowie mają jednakowe
znaczki w klapach. Wygląda to jak krzyż harcerski?
Na kolejnym zdjęciu
małżeństwo Osiadaczów w Krynicy.
Ciocia Zosia nie miała
dzieci. Gdy mój Tato (jej bratanek) skończył szkołę powszechną,
zaproponowała, żeby przeniósł się do nich, do Lwowa na okres
nauki w gimnazjum. Miało to sens, bo dziadkowie mieszkali w tym
czasie w Samsonowie i Zdziś musiałby dojeżdżać do gimnazjum do
Kielc, lub w Kielcach mieszkać. Poza tym byłaby to finansowa ulga dla dziadków.
Przygotowany został dla
gimnazjalisty pokój, zaangażowana osoba do opieki, ale pierwszego
września 1939 roku Tata nauki w gimnazjum we Lwowie nie rozpoczął
– Hitler i Stalin mieli inne plany.
Życie milionów ludzi
przewróciło się do góry nogami. Gdyby nie to, mój ojciec pewnie
zdobyłby przyzwoite wykształcenie, Wiktor Osiadacz nie zaginąłby
na wojnie ( gdzie? kiedy? nie wiadomo...), Ciocia Zosia nie musiałaby
uciekać ze Lwowa.
Ale... Gdyby nie to, mój
Tata pewnie nie poznałby mojej Mamy i pewnie nie istniałbym ja,
moja siostra Ola i nasze dzieci.
I kto by to wszystko
dzisiaj pisał?
Ciocia Zosia wyjechała ze
Lwowa koleją. Dzięki zasobom finansowym załatwiła wagon, który
wiózł jej dobytek – meble, obrazy, wyposażenie. Nie wiem, czy
wyjechała przed, czy po wkroczeniu wojsk sowieckich – raczej
przed. Jechały we trzy – ona, jej matka Franciszka i siostra
Jadwiga. Jadwiga również straciła męża. Chyba był Żydem. Tak
mówił Tata i na to by wskazywało nazwisko – Eichel. I też nie
wiadomo gdzie i jak zaginął.
Wszystkie trzy znalazły
się w domu moich dziadków w Samsonowie. Franciszka zmarła
czternastego lutego 1945 roku. Jest pochowana na cmentarzu w
Tumlinie.
Ciocia Zosia przeniosła
się do Zabrza. Do emerytury pracowała na poczcie. Zmarła
osiemnastego października 1977 roku i również pochowana jest w
Tumlinie – w jednym grobie z matką i bratem.
Witam serdecznie Panie Andrzeju. Nie wiedziałam że powstał tak ciekawy materiał na temat naszej rodziny. Gratuluję dociekliwości i podziwiam. Ludwik to mój dziadek a ja jestem córką Bartka. Pozdrawiam i zapraszam na rodzinne spotkanie.
OdpowiedzUsuńPatrycja Aleksandra Fabiańska
Dzięki za miłe słowa i zaproszenie - gdybym te słowa przeczytał wcześniej, może byłaby okazja do spotkania, bo właśnie wczoraj byłem w Waszych stronach - w Bolesławcu u Cioci Krysi i u Ewy, a w Mirsku u Cioci Aliny. Wracając spotkałem się także z Piotrkiem we Wrocławiu.
UsuńMój adres mailowy: andrzej.janiszewski@wp.pl