niedziela, 29 lipca 2012



Podporucznik Marian Janiszewski - „Ostoja”

Starszy wachmistrz Marian Janiszewski, żołnierz 6 Batalionu Telegrafistów został wzięty do niewoli 19-go września 1939 roku w Laskach Szlacheckich koło Ostrołęki i przebywał w obozie jenieckim Stalag XIII A Nurnberg (Norymberga). Dane dotyczące obozu są na portrecie Dziadka, sporządzonym przez współwięźnia, Zygmunta Saneckiego. To ten portret


Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach – Opolu dysponuje wykazami jeńców niemieckich z okresu II Wojny Światowej. Odszukano dokumenty dotyczące Dziadka – oto pierwszy


Ten dotyczy Stalagu XIII A w Norymberdze, w którym Dziadek przebywał niespełna rok, do 5-go sierpnia 1940 roku.

I drugi


Z tego wynika, że przybył do Stalagu XXIA Schildberg (Ostrzeszów) w dniu 7-go sierpnia 1940 roku, i dwa dni później został zwolniony z obozu. Miesiąc po nim, 4-go września wrócił do Warszawy autor rysunku, Zygmunt Sanecki.

Po powrocie z obozu Dziadek pracował w Urzędzie Gminy w Samsonowie, co poświadcza ten dokument





Był członkiem ruchu oporu w organizacji Kadra Polski Niepodległej (później włączonej do struktur AK), w stopniu podporucznika. Najpierw posługiwał się pseudonimem „Skalski”, później „Ostoja”.
Potwierdzają to poniższe dokumenty.


piątek, 27 lipca 2012


W przedwojennym Samsonowie.

18 kwietnia 1934 roku Dziadek Marian zameldował się w hotelu „Versal” w Kielcach. Nie wiem, czy przybył tu sam, w celu załatwienia formalności związanych z pracą, czy też zjechał już z Wołynia z całą rodziną. W każdym razie w tymże roku, Zdziś Janiszewski do drugiej klasy szkoły powszechnej, uczęszczał już w Samsonowie.
Dziadek pracował w Urzędzie Gminy, Tato chodził do szkoły, a Babcia w domu opiekowała się małym Bogusiem.
Dom istnieje do dziś. Przejeżdżając przez Samsonów zawsze zwalniam i patrzę na niego. Podwórze nie zmieniło się prawie wcale, a dom o tyle, że zyskał nową, sidingową elewację. Ładniejsze były stare , sczerniałe deski. Nie wiem jak jest teraz wewnątrz, ale chyba wolę nie wiedzieć, choć pewnie mógłbym sprawdzić. Wolę pamiętać jak było w środku wtedy, gdy ja tam przyjeżdżałem.
Po otwarciu drzwi szło się prosto przez ciemną, wąską sień. Potem albo w lewo, do wielkiej kuchni (a może tylko mnie zdawała się wielka...), albo w prawo do pokoju. Prawie zawsze szło się w lewo, bo w kuchni było całe życie. Jedzenie, spanie, mycie, czytanie książek pożyczanych w malutkiej bibliotece, słuchanie audycji nadawanych przez głośnik. To co pamiętam, to już był czas po śmierci Dziadka, gdy w Samsonowie została tylko Babcia.
Z podwórza można było zejść nad staw. Teraz jest tylko zarośnięte miejsce po stawie, ale wtedy było dużo wody – dla mnie jak wielkie jezioro. Wątłe pomosty, trzciny, gęsi pasące się nad stawem, fruwające ważki – tak to pamiętam. No i ten zapach – wody, sitowia, wsi – wszystkiego.
Z wodą zapoznałem się zresztą całkiem blisko. Lubiłem łazić po wąskim pomoście, na jego koniec, skąd najlepiej było widać małe rybki pływające w stawie. Któregoś razu, niedopilnowany przez starszych (miałem pewnie kilka lat), znowu tam wszedłem i – być może - wystraszony przez gęsi, które mnie zaatakowały – wpadłem do tej wody. Ja za bardzo tego zdarzenia nie pamiętam, ale potem było tak: Stanąłem w drzwiach, ociekający wodą i zameldowałem: – wpadłem do wody, wpadłem, ale się nie utopiłem...

Samsonów to wieś, ale trochę nietypowa, bo kiedyś była wsią przemysłową. W XIX wieku znana była z produkcji żelaza wytapianego w hucie „Józef”. Do dziś ruiny zabudowań huty z wysoką wieżą gichtociągową są charakterystycznym elementem krajobrazu.
Tak wyglądał przed wojną Samsonów – zdjęcie zrobione spod wieży hutniczej. Po prawej stronie, za drzewami nieistniejący już dziś tartak.


Na zdjęciu chyba Tata (z prawej) z kolegą - zdaje się, że to Józek Kwaśniewski.

Tu z kolei widok od strony tartaku. Widać ruiny huty, a parterowy budynek przed nimi to chyba siedziba Urzędu Gminy, gdzie pracował Dziadek. Kto na zdjęciu? - nie wiem.


Na innej fotografii Tata ( z lewej ), w mundurku szkolnym, także z kolegami. Ale zajęcie mają zupełnie nieszkolne. Zamiłowanie do kart zostało zresztą Tacie na dłużej – głównie był to brydż, ale nie gardził także i pokerkiem.


A tu moi Dziadkowie ( pierwsi z prawej ) na zabawie w Zagnańsku, w roku 1937.


Na tej fotografii Dziadek nad stawem, z kim?

.

Przed wybuchem wojny, Dziadek został zmobilizowany. Tu zdjęcie jeszcze przedwojenne, Dziadek w mundurze starszego wachmistrza.


Ale o czasach wojennych następnym razem.

sobota, 21 lipca 2012


List z AGAD

Napisałem swego czasu e'mail do Archiwum Głównego Akt Dawnych, z prośbą o odszukanie danych z ksiąg metrykalnych z parafii Kozowa w powiecie Brzeżany. Podałem datę i miejsce urodzin Dziadka Mariana i po jakimś czasie otrzymałem odpowiedź, że taki wpis istnieje. Podano cenę za uzyskanie kopii tego wpisu – to 1,50 zł (słownie jeden złoty, pięćdziesiąt groszy) i zapytano czy chcę taką kopię otrzymać. Oczywiście chciałem. Po dość długim czasie przyszła oczekiwana odpowiedź, a w załączniku skan strony z księgi metrykalnej:


Wpis dotyczący Dziadka jest na dole strony.


A w poszczególnych kolumnach następujące informacje:

30 September to oczywiście 30 wrzesień – data urodzin.

19 November to data chrztu – 19 stycznia 1896.

Bpl. Joannes Diugiewicz – to nazwisko księdza. Nie wiem, co znaczy Bpl. (a może to Rpl?)

Marianus Casimirus Hieronimus Janiszewski – tu wszystko jasne – Marian, Kazimierz, Hieronim - imiona nowo narodzonego.

Kolejne dane dotyczą położnej. Obst. to skrót od obstetrix – położna. Nazywała się (chyba) Taube Barbara.

Potem dane rodziców:
Ojciec – Antoni Jan Janiszewski, syn Wiktora i Filipiny z domu Richter. Dopisek dotyczący Antoniego w kolumnie „conditio” (stan, zawód), chyba brzmi „scriba”. Był więc Antoni kimś w rodzaju pisarza - może urzędnika?
Matka – Franciszka Maruszczakowska, córka Gabriela i Leokadii z domu Horwat. To ważna informacja. Dotychczas nie wiedziałem jak nazywali się rodzice Franciszki. Nazwisko Horwat pasuje zresztą do urody mojej prababki. Może po części pochodzimy z Bałkanów?

I na koniec nazwiska rodziców chrzestnych:
Włodzimierz Lanicki (Lawicki?, Lewicki?), ck notariusz. Może u niego pisarzem był Antoni Janiszewski?
Maria Adamczyk, żona (uxor) Władysława, inżyniera, siostra Antoniego Janiszewskiego. To ta sama Ciotka, która spisała historię rodziny od kilku pokoleń wstecz i ta sama, która napisała wiersz po śmierci brata, Antoniego.


poniedziałek, 9 lipca 2012


Ciocia Zosia Osiadaczowa

Starsza siostra Dziadka Mariana Janiszewskiego. Lwowianka, kobieta z zasadami. Sama zasad przestrzegała i wymagała tego od innych. Wysoka, postawna z długimi włosami splecionymi w warkocz . Tak ją zapamiętałem. Chodziła z laską ze względu na nogę, która po złamaniu nie była w pełni sprawna. Będąc w Krakowie, jeździłem czasem do niej do Zabrza. Zajmowała jeden pokój w mieszkaniu, które dzieliła z zupełnie obcymi ludźmi. Pokój wypełniony był stylowymi, starymi meblami, na ścianach wisiały obrazy. Przedmioty, które udało się jej wywieźć ze Lwowa w czasie wojny.
Powinienem był ją wtedy wypytać – o wszystko. O jej rodzeństwo, rodziców, dziadków, o to gdzie mieszkali, czym się zajmowali, jak żyli – o co się tylko dało. Niestety wcale mnie to wtedy nie interesowało, a i Ciocia Zosia sama z siebie nie mówiła wiele.
Pozostało po niej kilka fotografii, kilka obrazów, pierścionek, który dostała moja siostra – i to wszystko. Z rzeczy materialnych, bo poza nimi jest jeszcze pamięć...

Ciocia urodziła się 31 marca 1893 roku. Gdzie? Może w Kozowej, koło Brzeżan, tam gdzie dwa lata później urodził się dziadek Marian. Później pewnie był Sanok. Z Sanoka pochodzi ta fotografia – tu Ciocia pierwsza z lewej, obok niej siostra Jadwiga i brat Marian.


Kolejne zdjęcia pochodzą również z Sanoka. Chronologicznie, chyba to jest najwcześniejsze.


A to zapewne późniejsze.



I kolejne.


Co było później? Ciocia wyszła za mąż za Wiktora Osiadacza. W domu mówiło się, że jej mąż był dyrektorem banku we Lwowie. Tak mówili rodzice, Babcia Roma. Poszukałem w internecie i w Podkarpackiej Bibliotece Cyfrowej znalazłem dokument następujący:
„Zamknięcie rachunków Galicyjskiej Kasy Oszczędności we Lwowie za rok 1910” i w nim, na stronie 14 widnieje, prócz innych osób nazwisko „Kasyera Wiktora Osiadacza”. Czyli w 1910 roku, jako młody pracownik Wiktor Osiadacz pełnił funkcję „kasyera”, ale zapewne mógł awansować, może rzeczywiście nawet na stanowisko dyrektorskie.
Budynek Galicyjskiej Kasy Oszczędności znajdował się u zbiegu ulic Karola Ludwika i Jagiellońskiej, tak wyglądał na przedwojennej pocztówce.


Państwo Osiadaczowie mieszkali we Lwowie na ulicy Teatyńskiej, prowadzącej do Wysokiego Zamku. Dziś już nie kursują po niej tramwaje, a i nazywa się mniej ciekawie - to ul.Krzywonosa. Ale domy te same, co przed wojną.


Może właśnie w ich mieszkaniu, na Teatyńskiej została wykonana ta fotografia


Po lewej siedzi Franciszka Janiszewska, moja prababka, obok niej córka, Zofia Osiadaczowa. Nad nimi Wiktor Osiadacz. Para po prawej – nieznana.
Przy skanowaniu wyszło szydło z worka. Prababcia lubiła sobie zakurzyć – trzyma papierosa w lewej ręce.
Panowie mają jednakowe znaczki w klapach. Wygląda to jak krzyż harcerski?

Na kolejnym zdjęciu małżeństwo Osiadaczów w Krynicy.


Ciocia Zosia nie miała dzieci. Gdy mój Tato (jej bratanek) skończył szkołę powszechną, zaproponowała, żeby przeniósł się do nich, do Lwowa na okres nauki w gimnazjum. Miało to sens, bo dziadkowie mieszkali w tym czasie w Samsonowie i Zdziś musiałby dojeżdżać do gimnazjum do Kielc, lub w Kielcach mieszkać. Poza tym byłaby to finansowa ulga dla dziadków.
Przygotowany został dla gimnazjalisty pokój, zaangażowana osoba do opieki, ale pierwszego września 1939 roku Tata nauki w gimnazjum we Lwowie nie rozpoczął – Hitler i Stalin mieli inne plany.
Życie milionów ludzi przewróciło się do góry nogami. Gdyby nie to, mój ojciec pewnie zdobyłby przyzwoite wykształcenie, Wiktor Osiadacz nie zaginąłby na wojnie ( gdzie? kiedy? nie wiadomo...), Ciocia Zosia nie musiałaby uciekać ze Lwowa.

Ale... Gdyby nie to, mój Tata pewnie nie poznałby mojej Mamy i pewnie nie istniałbym ja, moja siostra Ola i nasze dzieci.

I kto by to wszystko dzisiaj pisał?

Ciocia Zosia wyjechała ze Lwowa koleją. Dzięki zasobom finansowym załatwiła wagon, który wiózł jej dobytek – meble, obrazy, wyposażenie. Nie wiem, czy wyjechała przed, czy po wkroczeniu wojsk sowieckich – raczej przed. Jechały we trzy – ona, jej matka Franciszka i siostra Jadwiga. Jadwiga również straciła męża. Chyba był Żydem. Tak mówił Tata i na to by wskazywało nazwisko – Eichel. I też nie wiadomo gdzie i jak zaginął.
Wszystkie trzy znalazły się w domu moich dziadków w Samsonowie. Franciszka zmarła czternastego lutego 1945 roku. Jest pochowana na cmentarzu w Tumlinie.
Ciocia Zosia przeniosła się do Zabrza. Do emerytury pracowała na poczcie. Zmarła osiemnastego października 1977 roku i również pochowana jest w Tumlinie – w jednym grobie z matką i bratem.



niedziela, 1 lipca 2012


Jeszcze o Fabiańskich...

Wracając z Bolesławca wstąpiliśmy do Piotrowic. To wieś w pobliżu Jawora, tam mieszkał po wojnie Bronisław Fabiański ze swoją żoną, Franciszką.
Tu na zdjęciu Franciszka (druga od lewej) w czasach młodości, na Wołyniu

Po jej prawej stronie moja Babcia, Romana, po lewej siostra Franciszki, Alicja (Alina?)Radwańska. Młodzieniec z prawej niezidentyfikowany. 
 
Byłem u wujka Bronka w Piotrowicach raz, jako dziecko, z rodzicami. Zachowałem mgliste wspomnienie domu i podwórza. Okazało się, że wszystko to jeszcze istnieje. Jest prawie takie jak było, tyle, że mocno nadgryzione zębem czasu.


Tu na zdjęciu Bronisław Fabiański – fotografia pewnie zrobiona w Piotrowicach


Na kolejnym Bronisław z żoną (po prawej) i z parą nieznanych mi osób.


Ciocia Frania jest pochowana w Piotrowicach. Cmentarz malutki, nie miałem żadnego kłopotu z odszukaniem jej grobu.


Od sąsiadki Fabiańskich dowiedziałem się, ze wraz z nimi mieszkała siostra Franciszki, Alicja. Po śmierci Franciszki Alicja została z Bronisławem. Nie wiem jak długo byli razem i co się stało z Alicją. W każdym razie po jakimś czasie Bronisław przeniósł się do brata Ludwika, do Nowej koło Bolesławca. Tu też zmarł.
Jest pochowany w Bolesławcu. W tym samy grobie leży jego bratanek, syn Ludwika i Stefanii – Marian. Ludwik Fabiański i Stefania są pochowani obok.



W innym miejscu, ale na tym samym cmentarzu spoczywa Ciocia Józia, siostra mojej Babci – ta, której mąż zginął w Katyniu. Do końca życia pozostała sama, mieszkała trochę u Bronisława Fabiańskiego, trochę u Ludwika, a przed śmiercią dłuższy czas u Cioci Krysi.



Ciocia Józia odeszła, ale szachy, które przywiozła z zesłania – zostały. Są w domu u mojej Mamy. Czas też im nieco dokuczył. Jeden z pionków zastąpiony szpuleczką od nici, laufer stracił koralik na czubku, wieże troszkę wyszczerbione, konie już nie tak rącze – ale są i w każdej chwili można zasiąść do partyjki...



sobota, 12 maja 2012


Opowieści Cioci Krysi - część druga

Tak wyglądał Ludwik Fabiański


A tu Ludwik (pierwszy z lewej) w czasach zapewne jeszcze przedmałżeńskich. Jak widać młodzież męska od wieków przejawia podobne zainteresowania.

Tu w mundurze


Ludwik Fabiański, jako żołnierz otrzymał 17 ha ziemi w Adolfowie. Oto akt nadania





Adolfów zamieszkiwali wyłącznie Polacy, domyślam się, że byli to osadnicy wojskowi. Ludwik Fabiański miał dom, duży sad, był na jego ziemi także niewielki staw. Wszystko to stworzył sam. Ziemi miał na tyle dużo, że bez kłopotów utrzymywał rodzinę. Siła robocza była tania, ukraińscy chłopi pracowali na niej za grosze. Nieliczni z nich mieli własną ziemię, pozostali byli skazani na pracę w większych lub mniejszych majątkach – polskich. Mieszkali w chałupach bez podłóg, razem ze zwierzętami gospodarskimi – tak opisuje Ciocia jeden z takich domów w którym była z matką, by kupić prosiaka.

Oto zdjęcie ze ślubu Ludwika Fabiańskiego ze Stefanią Świrydenko.


Mama panny młodej była bardzo przeciwna temu małżeństwu. Rodzina Fabiańskich nie cieszyła się, oględnie mówiąc, jej sympatią. Ciocia Krysia opisała ją jako „pobożną mniszkę”. Takiej osobie nie mógł się spodobać Ludwik Fabiański spędzający czas z kolegami tak, jak to widzimy powyżej. W akcję przeciwdziałania małżeństwu został włączony święty Antoni. Do figury tegoż świętego był wysyłany przez matkę ze świecami brat Stefanii, Gabriel Świrydenko. Młody Gabriel zamiast pielgrzymować do świętego, wyrzucał świece za płotem no i Antoni nie zajął się sprawą – małżeństwo zostało zawarte.

W roku 1929 jako pierwsze w rodzinie Ludwika, urodziły się bliźniaczki – Danuta i Krystyna, później, jeszcze przed wojną ich brat – także – jak ojciec – Ludwik. Po urodzeniu dziewczynek, Gabriel poinformował matkę ( znaną nam jako „pobożną mniszkę”), że przyszły na świat dwa potworki. Ich ojciec stwierdził, że nie ma racji, że dziewczynki są śliczne. Zgadzam się z Ludwikiem.
Tu na zdjęciu bliźniaczki



Tu z bratem


A tu bliźniaczki w strojach komunijnych


To zdjęcie tuż sprzed wojny, z ostatniego okresu spokojnego życia.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich we wrześniu 1939 roku wszystko się zmieniło. Ludwik ukrywał się w obawie przed NKWD , a Stefania z dziećmi znalazła się w Dąbrowicy, gdzie bliźniaczki chodziły do szkoły. I właśnie w szkole kazano dziewczynkom powiadomić matkę, żeby się zgłosiła do organów bezpieczeństwa. Matka przyszła do szkoły i wtedy szybciutko kazano jej zabrać syna i wszyscy trafili do transportu. A gdzie ten transport skierowano? Oczywiście na wschód...W ostatniej chwili, zupełnie dobrowolnie dołączył do nich jeszcze Ludwik.
Zesłańcy trafili do obozu Kruticha w Reżewskim Rejonie, w obwodzie Swierdłowskim (Swierdłowsk – obecnie Jekaterynburg). Ludwik i dziewczynki pracowali w lesie, Stefania opiekowała się małym Ludwikiem i do lasu ją nie wysyłano. Mieszkali w barakach z drewnianych bali, utykanych mchem.
Przeżyli wszyscy – Ludwik dostał się do oddziałów Berlinga, z nimi, w Berlinie zakończył wojnę.
Stefania z dziećmi wróciła do Polski. Najpierw do Sarn, gdzie mieszkała jej matka, a potem już po wojnie na krótko do Izbicy niedaleko Zamościa i wreszcie na stałe do Nowej koło Bolesławca. W Izbicy (a właściwie w Krasnymstawie) urodził się Marian, a w Nowej ostatni syn Ludwika - Bartek.

niedziela, 6 maja 2012




Opowieści Cioci Krysi

To Ciocia Krysia
Zdjęcie pochodzi z lat pięćdziesiątych. Chłopczyk na zdjęciu to brat Cioci, Bartek.

Ciocia Krysia jest córką Ludwika Fabiańskiego, brata mojej Babci, Romany. Urodziła się w Adolfowie, a wraz z nią przyszła na świat jej bliźniacza siostra - Danuta. Niestety dziś żyje już tylko Krystyna. Mieszka w Bolesławcu, a ja właśnie przedwczoraj z Bolesławca wróciłem.

Ciąg wydarzeń był następujący: Szukając śladów po Fabiańskich trafiłem na Taty notatnik. Są w nim adresy i nazwiska obu sióstr – kuzynek Taty. Tato w latach chyba sześćdziesiątych był w Bolesławcu, widział się z nimi, ale od tego czasu kontakt się urwał. Spróbowałem wpisać w wyszukiwarkę internetową nazwiska obu pań i tak trafiłem na córkę Danuty – Ewę. Udało się z Ewą skontaktować i po kilku rozmowach telefonicznych umówiliśmy się na spotkanie w Bolesławcu.

Ciocia Krysia, emerytowana lekarka zaprosiła nas do swojego domu. Ciocia nie jest osobą najmłodszą, ale pamięć dopisuje jej doskonale. Mówiła o rzeczach które pamięta z własnego doświadczenia, a także o historiach które zna ze słyszenia, a zna głównie od swojej mamy, Stefanii Fabiańskiej, z domu Swirydenko.

Zapiski z rozmowy z Ciocią trafiały na bieżąco do zeszytu, fotografie trafiły do skanera.

Poniżej efekt słowno-obrazkowy notowania i skanowania:

Na początek zdjęcie najstarszego ze znanych nam już Fabiańskich – Józefa, mojego pradziadka. Jest tu ubrany identycznie jak na fotografii zrobionej po polowaniu – może to zdjęcie z tego samego dnia.


Jak się okazuje, Józef Fabiański miał dzieci nie siedmioro, a dziesięcioro. Oprócz siedmiorga znanych mi, było jeszcze ósme dziecko zrodzone z małżeństwa z Heleną Szyndler, Irena, która zmarła w dzieciństwie.

Żona Józefa, Helena umarła w roku 1935. Pochodziła z Warszawy, była jedynaczką. Rodzice stanowczo sprzeciwiali się jej małżeństwu z Józefem, ale nic nie wskórali. Mieli trochę racji, bo jej życie na Wołyniu nie było lekkie.
 Krótko mówiąc, Józef był kobieciarzem. Potrafił wybrać się z kochanką do teatru do Kijowa, jego kochanką była także własna bratowa.
Tu historyjka o bratowej. Na łożu śmierci zwróciła się do Józefa, aby ten poprosił Helenę (własną żonę), o wybaczenie tejże bratowej, aby ta mogła w spokoju przenieść się na tamten świat. Czy do wybaczenia doszło – nie wiadomo, wiadomo tyle, że Helena z godnością i spokojem znosiła romanse męża.

Po śmierci żony, Józef, już siedemdziesięcioletni ożenił się z kobietą trzydziestoletnią, służącą u jego syna Ludwika w Adolfowie. Rodzina podniosła raban, by do małżeństwa nie dopuścić, ale i tu wysiłki rodziny poszły na marne. Józef ożenił się z Zosią ( według Ewy była to Polka, według Cioci Krysi – Ukrainka) i miał z nią dwóch synów. 
 
Wszyscy czworo zostali zabici przez Ukraińców, zapewne w 1943 roku. Nie pomogło przeniesienie się, dla bezpieczeństwa z Kurasza do Bereżnicy. Najpierw, poza domem zabito Józefa – widłami. Żona i dzieci zostały zastrzelone w domu. Ona z jednym z chłopców na ręku, drugi chłopiec po wyciągnięciu go spod łóżka, gdzie próbował się ukryć.

Kolejna fotografia – na odwrocie jest data i miejsce: Rafałówka 1922



Siedzi Helena Fabiańska, poniżej niej (z psami) Maria i Andrzej, stoją od prawej Romana i Józefa (wszyscy Fabiańscy) dalej Franciszka ( tu zapewne jeszcze Radwańska, potem żona Bronisława Fabiańskiego) i Ludwik Fabiański. Nie wiem kim jest osoba po lewej.

Podpis na odwrocie zdjęcia daje do myślenia. Wynika z niego, że rodzina Fabiańskich w 1922 roku mieszkała w Rafałówce. Gdzie w tym czasie pracował Józef Fabiański? Mógł być na przykład zarządcą majątku Rafałówka , albo wójtem gminy Rafałówka - ta druga możliwość chyba bardziej prawdopodobna. Potwierdzają ją słowa Taty, dotyczące fotografii na której widać Józefa Fanbiańskiego we wnętrzu Urzędu Gminy w Rafałówce.

Gdyby spróbować chronologicznie ułożyć losy Józefa Fabiańskiego w oparciu o znane mi fakty, mogłoby to wyglądać tak – daty są tylko hipotetyczne:

  • małżeństwo z Heleną Szyndler (ok 1890 ? )
  • pobyt w Adolfowie, gdzie prawdopodobnie zarządzał majątkiem Adolfów (własność Platerów??) i gdzie przyszła na świat moja Babcia, Romana, a zapewne także i inne dzieci Józefa i Heleny (1890 – 1920 ?? )
  • praca w Rafałówce, w Urzędzie Gminy (1920 – 1925 ?? )
  • pobyt w Kuraszu i administrowanie majątkiem Kaszowskich (1925 – 1939 ?? ) ,w tym czasie śmierć żony i powtórne małżeństwo.
  • śmierć w Bereżnicy, w 1943 (?)